O wystawie Michała Szlagi „Fotografowałem polskiego króla”


O wystawie Michała Szlagi Fotografowałem polskiego króla

tekst: Anna Mituś

Artystów gdańskich odróżnia wyjątkowe poczucie odpowiedzialności. Być może sprawia to wiara w silny wpływ sztuki, a może po prostu wiara w silny, namacalny wpływ działań ludzkich, biorąca się z bliskiego doświadczenia wydarzeń, które zmieniły to, co znamy jako „naszą historię” – tych wrześniowych z 1939 i tych sierpniowych z 1980 roku. To odczucie potęguje się, kiedy oglądam kolejne cykle zdjęć Michała Szlagi, fotografa pochodzącego z kaszubskiej rodziny, która niczym w słynnej rozprawie Mikołaja Reja niemal symbolicznie ukształtowana została przez historię, wydając księży i wojskowych. Może dlatego od zawsze fascynowały go mechanizmy formowania przestrzeni i służby publicznej, choć sam stał się w tym dialogu kimś innym. Artystą. W jednej z pierwszych dorosłych prac zatytułowanej What made me? (co mnie ukształtowało) przedstawił serię fikcyjnych alternatywnych autoportretów, wcielając się w postacie, których realna bądź widmowa obecność odcisnęła piętno na całym pokoleniu „dzieci stanu wojennego”.

Głośno robi się o Szladze w 2013 roku, kiedy publikuje album Stocznia Szlaga. To specyficzny album, którego celem nie jest sztuka, lecz niemal dziennikarska interwencja wymierzona w proces znikania przemysłowego zabytku. Książka jest gotowa po 13 latach obsesyjnej pracy dokumentalisty, zbieracza, śledczego, od 2000 roku obserwującego Stocznię Gdańską, wcześniej zwaną Stocznią Królewską, Cesarską, a potem, do 1945, Schichaua. Pokazując zdjęcia, Michał wylicza przedwojenne nazwy obiektu, a właściwie miasta w mieście, bo to miejsce o ponad 150-letniej historii jest symbolem nie jednej, a kilku przynajmniej transformacji: najpierw wczesnokapitalistycznego przedsiębiorstwa w dojrzały eksponat rewolucji przemysłowej, niemieckiego industrialnego mikrokosmosu w socjalistyczny zakład pracy, jednej państwowości w drugą, potem kolebki mitu, miejsca gdzie zwyciężyła Solidarność ‒ w miejsce klęski społecznej obietnicy zmiany, wreszcie artystycznego interwencjonizmu Kolonii Artystów. To tam część gdańskiego środowiska twórców podjęła pierwsze próby krytycznego portretowania przemian i uchwycenia znaczeń tego, co na progu nowego milenium w sztuce oznaczała współczesność. 

Co ciekawe niewiele zdjęć ze Stoczni dotyczy tego tożsamościowo i towarzysko bliskiego artyście kręgu. Może dlatego, że Szlagi nigdy za bardzo nie interesował poziom artystycznej metadyskusji. Kiedy zdobywał pierwsze uczelniane szlify, reportaże w fotografii były niemodne, poszukiwania artystyczne stawiały raczej na spekulatywny eksperyment formalny i konceptualny. On pozostał jednak wierny swoim pozornie nieruchomym, nieożywionym tematom, drobiazgowej, wręcz rozwlekłej narracji i specyficznie epickiemu, auktorialnemu punktowi widzenia. Zanim jeszcze narodził się projekt artystyczny Stocznia, fotografował wciąż z tego samego miejsca wychodzące w morze jednostki (przez jeden tydzień nawet próbował pracować jako stoczniowiec) potem – po prywatyzacji przedsiębiorstwa – rejestrował, coraz bardziej świadomie, znikające, jeden po drugim, stoczniowe obiekty. Kiedy w 2001 roku powstała Kolonia Artystów, zamieszkał na terenie Stoczni. Przyciągała go jako miejsce brzemienne historią, nie tą wielką, ale tą ludzką. Opowiadał obrazami – tymi małymi, historiami rzeczy i obiektów, i tymi ikonicznymi, portretami publikowanymi na stronach „Newsweeka”, „Malemana” i „Przekroju” – jak dawni przyjaciele z Solidarności pokłócili się, by nigdy więcej nie móc się spotkać. Anna Walentynowicz (tytuł pracy to Anna Proletariuszka), malutka niczym mistrz Yoda wsparta wśród ruin stoczni o lasce, Lech Wałęsa, jako celebryta, były prezydent RP złapany w pułapkę fotograficznego planu, mimo kpin z fotografów. Wreszcie prałat Henryk Jankowski, kiedyś jeden z kapelanów Solidarności, obchodzący urodziny w stylu oligarchy. To zdjęcia, które za sprawą publikacji w najważniejszych tygodnikach opinii zdążyły zapisać się w naszej pamięci, jeszcze zanim na dobre przerzuciliśmy się na media społecznościowe.

Jeszcze pracując nad Stocznią, Szlaga ma szansę kupić mieszkanie z oknami wychodzącymi na słynną Bramę nr 2. To ta, przed którą stoi dziś Pomnik Poległych Stoczniowców 1970. Tak zaczyna się kolejny wieloletni projekt artysty, zatytułowany po prostu Brama. To naturalne przedłużenie pracy nad Stocznią, tylko „innymi metodami”. Powstaje film, montaż z wielu godzin rejestracji (2008‒2014) i zdjęcie. Duże ujęcie, wyglądająca na inscenizację scena i zmuszająca do skupienia uwagi na szczegółach rozsypywanka zbliżeń, na których niczym w dawnym malarstwie ołtarzowym dzieją się liczne małe dramaty. Przestrzeń placu, zwanego dziś placem Solidarności, tuż przy miejscu, w którym powstało Europejskie Centrum Solidarności, wykorzystywana jest przez różne grupy społecznych „interesariuszy”. Na tej niezwykle eksponowanej publicznej arenie ścierają się przy każdej niemalże okazji historie życia i poglądy osób, które z beneficjentów wydarzeń sierpniowych zmieniły się w strony zajadłego konfliktu dzielącego dziś Polskę na pół.

Wystawa, która podsumowuje blisko dwie dekady fotograficznej pracy artysty, zbudowana została wokół dwóch osi: historii materialnej, politycznej, społecznej, obserwowanej w perspektywie raczej długiego niż krótkiego trwania i historii ludzi, do których Szlaga podchodzi blisko, bez oceniania, z czułą aparaturą i niezbyt wielkim obiektywem. Epicki tryb ujmowania i redagowania tematu dotyczy jednak również prezentacji zdjęć, które same w sobie są intymne, proste. Setki ujęć wykonywanych „przy okazji”, podczas prywatnych i zawodowych podróży, bo Michał nigdzie nie rusza się bez aparatu, składają się znowu w cykle. Zbiory Reality i Polska zaczęły powstawać ok. 2004 roku, w momencie eksplozji fotografii cyfrowej i związanej z nią kultury fotoblogów, a także pojawienia się odwróconego obiektywu ‒ tego, który wkrótce spowodował eksplozję selfie. Stąd zapożyczenie języka wizualnego tych zdjęć w fotografii blogowej, fotografii amatorskiej, prywatnej (wykorzystanie dramatycznych efektów lampy błyskowej, przypadkowego kadru, spontanicznej sytuacyjnej obserwacji). Rozjazd znaczenia pomiędzy angielskim „reality” i polskim tłumaczeniem „rzeczywistość” (taki jaki mniej więcej zieje pomiędzy reality show i reportażem Ewy Ewart) opisuje rozpiętość przepaści pomiędzy aspiracją i praktyką, światem wyobrażonym i desperacją. Tę właśnie przepaść zdaje się fotografować Szlaga i, co może dziwne, znajduje w niej osobliwe piękno.

Odrębną całość w tym zbiorze tworzy seria kilkudziesięciu zdjęć prostytutek, zrobionych szybko, jakby wstydliwie, z okna

rozpędzonego samochodu. Niewyraźne, rozpikselowane we wtórnym powiększeniu, te zdjęcia są zupełnie inne niż reszta ujęć z Polski. Dziewczyny nie mają twarzy, chociaż każda występuje w wyraźnej, mocnej roli, która jeszcze dodatkowo podkreślona

została przez przytoczenie na ekspozycji swoistego dekalogu złożonego ze stanowiącego tajemnicę zawodu spisu zasadbezpieczeństwa, który dziewczyny podają jedna drugiej. Czy to nieświadome nawiązanie do Powiększenia Antonioniego? Jaką zbrodnię próbuje odkryć fotograf w powiększonych ukradkowych kadrach? Czy teraz inaczej patrzymy na rzewny, polski, błotnisty pejzaż z ciężkim, granatowym niebem, albo na plątaninę traw, które zawisły na gałęziach krzewów rosnących nad rzeką. To obraz, który w „decydującym momencie” ‒ w chwili wyzwolenia migawki, która, jak chciał Cartier-Bresson, jest niczym oddanie strzału ‒ gotów wybuchnąć nam w twarz.

Jak wyznaje Michał Szlaga , dokądkolwiek pojedzie i na cokolwiek zwróci obiektyw, i tak zawsze wyjdzie mu Polska. Nic dziwnego, że znalazł polskiego króla na Paradzie Pułaskiego w Nowym Jorku (którą oglądał podczas współpracy z Piotrem Uklańskim) i te same, co w Stoczni Gdańskiej, żurawie w stoczni złomującej statki w Rio de Janeiro (tę odwiedził wspólnie z Maxem Cegielskim, pracując nad reportażem Global Prosperity). To niesamowite obrazy, które pokazują, jak silna jest grawitacja historii, a może po prostu trauma w życiu Polaków. To co wydaje się nam unikalne, może być przecież równie dobrze zupełnie banalne, albo szalone. Kim jest więc tytułowy polski król? Wizerunkiem na płaszczu czcicieli Chrystusa Króla na Paradzie na głównej alei Nowego Jorku? Samozwańcem? Natchnionym poetą? Bohaterem Solidarności? Zdrajcą? Oszustem? Kiedy Michał Szlaga podchodzi do swoich bohaterów, portretuje ludzi, którzy żyją w swojej opowieści, na swój sposób starając się dźwigać na barkach jej ciężar. Tak jak Michał i Tomek Kopcewicz, przebrani ni to za uczniaków, ni to za marynarzy, w jednym z groteskowych odcinków Odysei dźwigają przez wiele kilometrów kajak z drobnym, białym żaglem, usiłując znaleźć miejsce do spuszczenia go na szersze wody.

Michał Szlaga. Fotografowałem polskiego króla
16.11.2018–03.02.2019

galeria Awangarda BWA Wrocław
ul. Wita Stwosza 32

kuratorka: Anna Mituś

dokumentacja wystawy: Alicja Kielan

...