POWRÓT

[EN] 

GALERIA AWANGARDA

AKTUALNOŚCI    ARCHIWUM    O GALERII    KONTAKT    WYKŁADY   


Spotkanie z Diabłem

felieton Pawła Jarodzkiego

Wrocław 6.09.2007



N. poprosiła mnie o poprowadzenie spotkania w J.G. Na jej prośbę, oczywiście za pieniądze, prowadziłem już spotkania w jej galerii z innymi artystami. Byli to performerzy, osoby, które znałem wcześniej i spotkanie zawsze odbywało się po performansie.

Tym razem miało być o tyle inaczej, że artysta, miał zaprezentować film, pokazywany wcześniej na poprzednim Biennale w Wenecji. Film długi, i jak sam jego tytuł wskazuje, będący powtórzeniem pewnego głośnego eksperymentu z dziedziny psychologii.

Przygotowując się do tego spotkania miałem problem. Właściwie problemów było kilka. Nie znałem A. Ż. osobiście, miał opinię trudnego rozmówcy, nie widziałem filmu i nie chciało mi się go oglądać. Była też jeszcze jedna sprawa. Jakiś czas temu opisałem w felietonie dla Magazynu Sztuki moje pierwsze spotkanie z twórczością A.Ż. i nie było to spotkanie budujące. Odebrałem je jako szantaż moralny.

Ale jednak, bojąc się kompromitacji, przygotowałem się do moderacji rzetelnie. Przeczytałem co mogłem w internecie i nawet dzięki uprzejmości S. C. zdobyłem słynną i już nie do dostania książkę A. Ż. Miałem też tą wyższość nad większością publiczności, że widziałem niepokazywany w Polsce, ostatni film A. Ż. Było to na documenta w Kassel.

Do J. G. pojechałem samochodem w towarzystwie A. i A., młodych kuratorek, zainteresowanych spotkaniem z gwiazdą. Po przybyciu na miejsce okazało się, że właśnie się toczy jedna z dwóch projekcji filmu z Wenecji. Pomimo pory wakacyjnej i małej, zdawałoby się ilości miłośników sztuki, w tej niewielkiej miejscowości, przybyły na projekcję tłumy.

Ja z dziewczynami poszedłem na kawę. Z N. i A. Ż. umówiłem się na spotkanie o 15-tej. A.Ż. okazał się małomównym i znerwicowanym brodaczem. Jego zdenerwowanie objawiało się dziwnymi pozami, drżeniem rąk i uciekaniem wzrokiem. Pomyślałem jednak, że wielu ludzi boi się publicznych wystąpień i ta publiczna danina, którą trzeba składać na ołtarzu popularności, może być dla niego rzeczywistym ciężarem.

Poza tym, o czym wiedziałem już wcześniej, A. Ż. ma poczucie misji i może ta cała jego działalność publiczna nie wynika z czystej próżności ale z uczciwie pojmowanego obowiązku głoszenia prawdy. Miałem tylko nadzieję, że w trakcie rozmowy nie okaże się, że są to posłannicze urojenia.

A.Ż. okazał się rzeczywiście rozmówcą trudnym, nawet nie, że małomównym, ale takim, który nie ułatwia interlokutorowi zadania. Mówi to co chce, nie próbuje nawet ciągnąć poddanych wątków i ma dość mizerną emisję głosu. Dlatego też na salę wypełnioną tłumem ludzi wchodziłem z drżeniem serca.

N. przywitała wszystkich, przedstawiła nas i zacząłem od żartobliwego, ale, jestem pewien, nurtującego wielu, pytania o ewentualne problemy związane z identycznością nazwiska artysty i znanego z seriali aktora. Myślałem, że to może rozbawi salę i trochę ośmieli do zadawania pytań. Miałem oczywiście przygotowane kolejne tematy do rozmowy, ale sala nie dała dojść mi do głosu. Mój żart przyjęto z niecierpliwością i zadawano bardzo konkretne pytania, dotykające świeżo widzianego filmu.

Chciałem poprowadzić rozmowę w stronę sztuki, kontrowersji związanych z jej funkcją społeczną, o której tak dużo pisał A.Ż.

Chiałem zapytać o związki intelektualne i artystyczne z twórczością J. B. o którym A.Ż. nigdy nie wspomina w swoich tekstach, ale ja widziałem wiele analogii.

Jednak sala pytała głównie, klucząc i błądząc, o etykę i moralność. Nawet nie o to, czy widz wie, że jest oszukiwany, bo w filmie jest wiele manipulacji ale o jego stosunek do do osób występujących. Czy interesował się ich dalszymi losami? Czy czuje się odpowiedzialny za to, co się z nimi stało po niewątpliwym wstrząsie psychicznym, który miał niewątpliwie miejsce w trakcie realizacji.

Publiczność nie atakowała jednak A. Ż. Była po prostu ciekawa. Naprawdę, byłem pełen podziwu, że go nie chcą oceniać a nawet starają się zrozumieć. Ja zresztą też byłem morzem aprobaty i życzliwości.

To morze zalało mnie zupełnie.

A.Ż. z kolei nie rozumiał zupełnie, dlaczego miałby się czuć odpowiedzialny za losy bohaterów swoich filmów. Jemu chodziło o dzieło. Dopiero następnego dnia, kiedy to wszystko opowiadałem A.M., ta uświadomiła mi przypadkowo, że on konsekruje dzieło sztuki ofiarą z bohaterów swoich filmów.

I tu przyszło na mnie olśnienie. A.Ż. jest po prostu satanistą. On składa ofiary z ludzi.

Najbardziej w tym wszystkim dziwiło mnie moje zdziwienie. Zawsze popierałem zdziwaczałych artystów atakowanych przez kręgi kościelne, a tu taka konstatacja.

Wizualnym potwierdzeniem moich wniosków jednak stała się droga powrotna. Wracaliśmy zmęczeni, po zmroku, autostradą. Niebo rozświetlały raz po raz wspaniałe błyskawice. Po prawej stronie, w szczerym polu, płonął trafiony piorunem olbrzymi budynek, na którego tle widać było pojazdy straży pożarnej i karetki. Do tego wszystkiego zaczął szwankować mój odtwarzacz CD. Klasyk D.K. „Too Drunk to Fuck“ śpiewany w softowej wersji przez francuską piosenkarkę przerywany był, gdy tylko pojawiało się słowo „sex“ lub „fuck“, przez zawodzące kobiety z Radia M. Musiałem co chwila restartować odtwarzacz. Taki był to finał spotkania z Diabłem.

Paweł Jarodzki


-------------

Paweł Jarodzki kiedyś w Legendarnej Grupie LUXUS. Malarz, rysownik, instalator i autor akcji. Wykłada na ASP we Wrocławiu i odpowiada za program BWA Wrocław

2007-09-07

komentarze do wydarzenia [6]

P. J. - autor: Heroina
. . . . . . - autor: Too Sober to Read
a.ż.? - autor: aaa
Strach się bać - autor: Iza Ch.
podziwiam.. - autor: halina
do haliny - autor: autor




dodaj komentarz


BWA Wrocław - Galerie Sztuki Współczesnej
ul. Wita Stwosza 32
PL 50-149 Wrocław
tel. 071/790-25-82
e-mail: info@bwa.wroc.pl

projekt strony © twożywo

starsza wersja strony